• Menu

  • Languages

Pół życia spędzone w kolejce

 

Wracamy wspomnieniami do lat 60-tych, mojej młodości. Był to czas  trudny pod względem ekonomicznym. Ale i czas skończonej edukacji i wchodzenia w dorosłość. Nie zauważało się wtedy trudów życia codziennego. Wtedy borykali się z tym rodzice.

Sklepy w tych latach nie zachęcały do zakupów , było w nich  niewiele  gotowej konfekcji, która by interesowała  młodą kobietę. Można było kupić materiały i tkaniny, które były produkowane w naszym mieście . Przemysł włókienniczy rozwijał  się wtedy dynamicznie. 

Ale trudno było coś modnego dla siebie kupić. Wtedy trzeba było szyć samemu. Inspiracją do powstawania nowych  ubiorów był niemiecki żurnal „Burda”  Było bardzo trudno go zdobyć. Przysyłany był do moich znajomych z paczkami, które otrzymywali . Żurnal  i zawarte w nim wykroje pomagały tworzyć w warunkach domowych modne ubiory. Z tych wykrojów szyłam sobie i mojemu dziecku modne na te czasy stroje. Było to niełatwe zajęcie, trzeba było poświęcić temu dużo czasu. W tych  trudnych czasach nauczyło się szyć  wiele kobiet .

Teraz młode kobiety nie wyobrażają sobie takiej sytuacji, że siadają do maszyny i szyją sobie spódnicę lub sukienkę, lub robią sweterki na drutach. Przecież to wszystko jest w sklepach.  Szycie domowe nie opłaca się. Koszty zbyt wysokie, teraz czas można przeznaczyć na inne przyjemności. Teraz są salony, sklepy różnych marek i można  kupić wszystko według obowiązującej mody i  dostosować do swoich potrzeb i gustów.

To był czas, kiedy czekało się w długich kolejkach na wymarzone mieszkanie w blokach.

Ale i radość z otrzymania mieszkania była wielka. Po meble trzeba było ustawić się w kolejce do Domusu  (sklep z meblami, który przetrwał do dziś). Tworzyły się kolejki społeczne i powstawała lista chętnych na zakup nawet wtedy, kiedy w sklepie nie było mebli i nie wiadomo było, czy w ogóle będą. Innego sposobu na kupienie mebli nie było.

Produkowane meble nazywano „meblami Kowalskiego”. Miały pasować bo bloków. Były to meblościanki do sufitu. I w tym czasie,  w latach 60,  tymi meblami z trudem zdobytymi było wyposażone wiele mieszkań. Był to bardzo podobny wystrój.

Krążą dowcipy z tamtego okresu, że sąsiedzi mylili się  biorąc mieszkanie sąsiada za swoje. Też było identycznie umeblowane. Trudno o oryginalność w wystroju domu, kiedy były tylko meble Kowalskiego.. Ale wtedy to były dla nas meble ładne i cieszyły, bo z trudem zdobyte.

Na telefon czekało się  kilkanaście  lat.. Ja miałam szczęście, czekałam pięć lat.

A  była to skomplikowana procedura w ubieganiu się o telefon. Podanie do telekomunkacji z umotywowaniem, dlaczego jest mi potrzebny, no i poparcie też  się przydawało, na przykład. z zakładu pracy, a jakiś urzędnik decydował, komu podłączyć telefon  a komu nie. Trudno to teraz zrozumieć, kiedy mamy internet i bez problemu z  każdego miejsca możemy rozmawiać przez telefon komórkowy.

Te trudne czasy  nie przeszkadzały w budowaniu więzi międzyludzkich. Spotkania w gronie przyjaciół i rodziny były częste. I chętnie goszczono się w swoich domach. Były to też  spotkania przy kawie. Panowała moda na palenie papierosów. Kawiarnie były zadymione i duszne i  nikomu to w tamtych czasach nie przeszkadzało, bo o klimatyzacji jeszcze nikt nie słyszał.

Typowy obrazek z miasta to też zatłoczone tramwaje i autobusy, które  najczęściej  nie poruszały się zgodnie z rozkładem jazdy. Samochód był luksusem, otrzymywało się go na talony i tylko dla wybranych. Teraz samochody czekają w salonach na nabywców.

 

April 8th, 2010 by mgonda, Tags: , , , , , ,

Posted in Polish | 1 Comment »


Surowe życie w internacie

Była połowa lat 60-tych. Pochodzę z małej wsi położonej nieopodal Łęczycy. Szkołę podstawową skończyłam w sąsiedniej wiosce. Wiejskie życie mnie nudziło. Robiłam wszystko żeby nie musieć spędzać czasu na polu czy na łące z krowami. Rzadko się to jednak udawało. Rodzice, zwłaszcza ojciec mieli twardą rękę i jakiekolwiek próby lenistwa kończyły się solidnym laniem. Szansę na wyrwanie się z mojej miejscowości znalazłam po skończeniu szkoły podstawowej. Postanowiłam kontynuować naukę w technikum w Łodzi. Rodzice byli przeciwni temu pomysłowi, chcieli żebym została w domu i pomagała im w gospodarstwie. Nie chcieli mi dać pieniędzy. Dzięki pomocy nauczyciela otrzymałam stypendium pokrywające koszty pobytu w internacie i wyżywienie, rodzice nie dawali mi pieniędzy na drobne wydatki. Życie w internacie było inne niż sobie wyobrażałam. Panował rygor, wychowawcy pilnowali porządku oraz przestrzegania surowych reguł. Powrót do budynku po godzinie 19. kończył się surowymi karami. Represje spotykały też koleżanki, które śmiały uczestniczyć w niedzielnej mszy w kościele. W każdą sobotę odbywało się regulaminowe sprzątanie internatu. Na kolanach szorowałyśmy podłogi i sanitariaty, część z dziewcząt pełniło dyżur kuchenny – obieranie ziemniaków także stanowiło karę. Po skończonych porządkach dyżurny wychowawca sprawdzał porządek, za niedokładne posprzątanie czekały nas kolejne kary – w tym wypadku cały pokój. Odpowiedzialność zbiorowa była powszechnie obowiązująca.  Dom rodzinny odwiedzałam raz w miesiącu – na tyle pozwalały mi skromne fundusze.

W internacie mieszkałam 5 lat, mimo surowych reguł nie tęskniłam za życiem na wsi, do którego do dnia dzisiejszego nie wróciłam. Panujące wówczas surowe reguły obyczajowe, odmienne od dzisiejszych wspominam z sentymentem.

 

 

April 6th, 2010 by mgonda, Tags: , , , ,

Posted in Polish | 1 Comment »


Robienie zakupów w czasach PRL-u

 

Jednym ze wspomnień, która wyraźnie utkwiły w mojej pamięci z przypadającego na lata 70. okresu mojej młodości, to robienie zakupów. Wyraźnie pamiętam doskwierający brak różnych towarów.

U cioci, zamiast papieru toaletowego, zawsze znaleźć można było pocięte w prostokąty kawałki gazet codziennych. Śmieszyło mnie to wówczas, ale… było jedyną alternatywą — papier toaletowy był jednym z towarów deficytowych, niezmiernie trudnym do zdobycia.

Zdarzało się jednak czasem kupić ten papier. Przed sklepem ustawiały się gigantyczne kolejki, bo papier „rzucili”. Często było też tak, że kto już kupił papier, ustawiał się w kolejce po raz drugi — nigdy przecież nie było wiadomo, kiedy znowu „rzucą”.

Bywało też, że  po drodze z pracy  spotykałam swoje dzieci i kazałam im pędzić do sklepu bo……(kawę rzucili), do apteki (watę rzucili), do kiosku ruchu (przywieźli świąteczną gazetę). Nie musiała nawet mówić  — gdzie, bo kolejka zawsze wskazywała na sklep, w którymś coś „rzucili”.

Pamiętam też sobotnie robienie zakupów  dwu-, trzygodzinne stanie w kolejce w sklepie mięsnym. Nie znosiłam tego stania. Do dziś pamiętam swój ulubiony mięsny maleńki, tłoczny, pełen towaru i kobiet… Ciekawe, dlaczego to nigdy mężczyźni nie robili takich męczących zakupów?

Śmieszne i jednocześnie straszne czasy.

 

 

April 6th, 2010 by mgonda, Tags: , , , ,

Posted in Polish | 1 Comment »


Obchodzenie Świąt Wielkiej Nocy w Polsce

Historia ta dotyczy tradycji obchodzenia Świąt Wielkanocnych. Kiedy moje dzieci były małe mieszkaliśmy na obrzeżach Łodzi na osiedlu domów jednorodzinnych. Na mojej ulicy wszyscy znaliśmy się od dziecka, ulica – jedna wielka rodzina. Tak samo sytuacja wyglądała z naszymi dziećmi Po szkole spędzały czas razem na zabawach w chowanego, ganiały się, wspinały po drzewach. Do późnego wieczoru  przebywały na dworze. Dzisiaj życie moich wnuków ogranicza się do szkoły i komputera. Nie ma takich więzi między młodymi ludźmi. Podobnie jest z dzisiejszymi świętami. Młodzi gonią za pieniędzmi i mało znaczącymi drobiazgami, nie ma czasu na wspólne rodzinne świętowanie. Dawniej przygotowania do świąt Wielkanocy zaczynały się jakiś miesiąc wcześniej, dziadkowie przygotowywali mięsa – kiełbasy szynki i inne specjały do uwędzenia,  babcia z mamą piekły pyszne ciasta i chleby. Żeby przygotować jajka do święcenia kobiety przez wiele tygodni gromadziły łupiny z cebuli by potem w ich wywarze barwić jajka, potem jeszcze smarowanie jaj masłem – żeby pięknie błyszczały. Wszystko było świeże i pachnące. Wielki Piątek – obowiązkowa wizyta w kościele i spowiedź wszystkich członków rodziny. Potem Wielka Sobota – święcenie potraw, ale nie tak jak teraz z koszykiem do kościoła, na moim osiedlu ksiądz odwiedzał rodziny w domu, potrawy były ustawione na stole, przybrane gałązkami borówek: szynki, białe kiełbasy, jajka, ciasta, chleby. W świąteczną niedziele obowiązkowa wizyta w Kościele o 6 rano na mszy rezurekcyjnej, potem rodzinne śniadanie, obiad, rozmowy w gronie rodziny, czas płynął wolno i leniwie. W świąteczny Poniedziałek tradycyjny wyścig kto kogo pierwszego obleje. Na ulicy dzieciaki biegające w piżamach z wiadrami i butelkami w rękach. Nikt nikogo nie obraża, wszyscy cieszą się wspólnymi świętami. Dawne czasy, teraz zostały wspomnienia……..smaków, zapachów. Dzisiaj w koszyczku baranki „Made in China”. Smutno, że moje wnuki nie poznają takich Świat.

 

 

 

April 6th, 2010 by mgonda, Tags: , , , ,

Posted in Polish | 1 Comment »


Uma viagem-aventura em carrinha VW em 1984

Em 1984, tinha eu 22 anos de idade, fiz a minha primeira “grande” viagem para fora de Portugal. Eu estudava na faculdade de medicina, e andava a combinar há muito tempo uma viagem para fora do país, com o meu grupo de amigos. Um dos meus amigos tinha uma carrinha Volkswagen branca, as conhecidas como “pão de forma” em Portugal, e sempre que podíamos, passávamos fins-de-semana ou férias de campismo no país.

Em 1984 fizemos então, a nossa primeira viagem na carrinha VW do meu amigo, para fora de Portugal. Antes de partir, tratamos de todas as formalidades necessárias. Para evitar problemas, preparamos tudo com alguns meses de antecedência (passaportes, câmbios, etc.) Como tínhamos de controlar bem as nossas despesas, decidimos aproximadamente qual o nosso percurso: interior de Espanha, até à costa Mediterrânica, seguir até França e voltar pela costa Atlântica espanhola até Portugal, em 3 semanas. Saímos de Lisboa pela Ponte 25 de Abril, atravessamos o Alentejo e entramos em Espanha por Badajóz. Primeira impressão fora do país: que diferença! Apesar de a paisagem ser parecida naquela área à portuguesa no geral, o facto de ouvir outro idioma na rua, ver gastronomia diferente, fez-me sentir que estava fora do meu país. Que sensação estranha e boa ao mesmo tempo!

Poderia escrever um livro inteiro com as nossas aventuras, os “estudantes de medicina hippies à descoberta de Espanha e França”. Descrevendo os aspectos mais marcantes: fiquei fascinada pelas paisagens que fomos descobrindo ao longo da nossa viagem. Conhecemos muita gente pelo caminho, maioritariamente jovens turistas como nós, que viajavam em carrinhas à descoberta de novos mundos. Guardo na minha memória as paisagens deslumbrantes e os contrastes, do interior e das costas de Espanha. Confesso que não ficamos muito apaixonados pela costa mediterrânica, porque havia lá gente a mais, e nós queríamos mais estar entre gente como nós, alternativos, à procura de aventuras e à descoberta da natureza. Passamos por Madrid, Valência, Barcelona em Espanha, Toulouse e a costa basca em França, voltamos a entrar em Espanha pelo País Basco e fizemos a costa Atlântica (mais natural e menos explorada do que a mediterrânica) até à Galiza, e voltamos a entrar em Portugal pelo Minho. Guardo óptimas recordações pela companhia com os meus amigos, que ainda hoje fazem parte do meu círculo próximo, das paisagens, das pessoas, dos contrastes rurais e urbanos, os contrastes entre as duas costas marítimas em Espanha, e das pessoas que conhecemos pelo caminho, que vinham de todos os cantos da Europa, à procura do mesmo que nós: liberdade, natureza e aventura. Naquela viagem também aprendi a ser mais responsável, e a gerir os meus rendimentos. Por vezes, tivemos que trabalhar alguns dias como empregados de mesa e balcão ou distribuir publicidade, para podermos ganhar dinheiro e continuar a nossa aventura como desejávamos. Esta aventura vai-me ficar sempre na memória, e espero que os jovens hoje em dia, tentem viajar desta forma também, para aprenderem a dar mais valor a certos aspectos e experiências na vida.  

March 19th, 2010 by Storyteller_PT, Tags: , , , ,

Posted in Portuguese | 1 Comment »


Viagem a Munique para os Jogos Olímpicos de 1972

Sempre fui um apaixonado pelo desporto e em 1972, decidi ir a Munique com um amigo, para os Jogos Olímpicos. A preparação da viagem foi complicada: na altura, ainda estávamos em plena ditadura em Portugal, e preparar uma viagem para o estrangeiro não era uma tarefa fácil. Era necessário ter uma autorização para sair do país e indicar exactamente o número de dias que se ficava fora do país. Outro problema era o dinheiro: O regime só autorizava aos cidadãos portugueses gastarem um determinado montante diário em dinheiro na moeda estrangeira, montante que era muito baixo e que na prática, não chegava para comprar quase nada no país em que uma pessoa viajava. No entanto, o meu amigo que me acompanhou na viagem era filho de um empresário que tinha boas relações com o regime. Assim podíamos comprar mais marcos alemães e gastar o dinheiro que queríamos.

Com as passagens aéreas compradas e formalidades tratadas, chegamos a Munique 2 dias antes do ataque terrorista, no dia 3 de Setembro de 1972. Fiquei fascinado ao encontrar um mundo completamente diferente ao que estava habituado a ver em Portugal. Tudo estava tão limpo, havia infra-estruturas que não existiam em Portugal e as pessoas vestiam-se de maneira muito diferente. Os primeiros dois dias foram muito intensos: assistimos a vários eventos desportivos durante o dia, fazíamos compras e conhecemos a cidade e as suas atracções.

No entanto, a nossa viagem teve infelizmente um momento menos agradável. A 5 de Setembro, terroristas palestinianos invadiram e tomaram como reféns, vários atletas olímpicos israelitas, matando alguns deles. Foi um acontecimento que nos ficou na memória para sempre, principalmente por nos encontrarmos na cidade naquele momento. A cidade, os seus habitantes e os visitantes entraram em pânico. Nós sentimos esse pânico um dia após o atentado: A segurança foi muito reforçada e houve um controlo muito apertado para todos. Nesse dia, queríamos assistir a um evento desportivo e quando chegamos ao complexo onde o evento iria decorrer, tirei a minha máquina fotográfica da minha mala e quis tirar umas fotografias do local. No entanto, dois polícias que estavam perto de nós vieram logo a correr apontando metralhadoras na nossa direcção e gritando para pararmos. Perplexo com a situação, fiquei paralisado por uns segundos, sem conseguir reagir e sem saber o que fazer. Foi um momento de pânico. Quando os polícias estavam à nossa frente, viram que aquilo que eu tinha na mão era uma máquina fotográfica. Tivemos que nos identificar e mostrar o conteúdo das nossas malas, ou seja, fomos completamente revistados. Quando acabaram, os polícias pediram imensas desculpas, afirmando que pensavam que se tratava de uma arma de fogo. Afirmaram que o atentado que tinha ocorrido na véspera estava a por todos em paranóia, e que a polícia estava em alerta máximo, com medo de ocorrerem novos atentados, e pediram pela nossa compreensão.

Apesar de ter passado por alguns momentos de pânico, consegui compreender a situação e decidi ter muito cuidado ao tirar qualquer objecto da minha mala a partir de então, para que tal não voltasse acontecer. No entanto, também senti que as pessoas ficaram a olhar para nós de forma mais suspeita, pelo facto de o meu amigo e eu termos ambos cabelo escuro, para além de estarmos bronzeados (estávamos ainda em pleno verão e antes da viagem, tinha ido à praia algumas vezes), e que infelizmente, nestas circunstâncias, podíamos ser facilmente confundidos com potenciais terroristas árabes. Quando entramos em pânico, os preconceitos infelizmente também se tornam mais visíveis.

No entanto, a nossa viagem acabou muito bem. Após cinco dias em Munique, visitamos algumas cidades na Baviera e voltamos para Portugal uma semana depois. Apesar do terrível acontecimento do dia 5 de Setembro e do nosso incidente desagradável com a polícia no dia a seguir, consegui voltar a casa com a imagem de um país com tradições interessantes, gastronomia fantástica e pessoas muito simpáticas e acolhedoras. Fiquei principalmente fascinado com o nível de vida das pessoas, as condições em que viviam, as infra-estruturas do país e o bem-estar das pessoas em geral. Apesar de ser de boas famílias e ter tido sempre um nível de vida elevado em Portugal, estava plenamente consciente que eu fazia parte de uma minoria no meu país.

March 19th, 2010 by Storyteller_PT, Tags: , , , ,

Posted in Portuguese | 1 Comment »


Impressões de um antigo empresário português sobre viagens em negócios para a Alemanha na década de 70/80

Durante vários anos, fui dono de uma empresa no ramo da construção civil. Pelo facto de não existirem na década de 70 e 80 certos materiais de construção em Portugal, fazia muitas viagens, para a Alemanha, onde a minha empresa tinha parcerias com empresas alemãs na área de Frankfurt, que forneciam determinados materiais que a minha empresa representava exclusivamente em Portugal.

Geralmente, fazia entre três a quatro viagens para a Alemanha por ano, para visitar clientes, as suas unidades fabris, e para negociar novos contratos ou renovar os existentes.

Em primeiro lugar, devo dizer que aquilo que mais me fascinava na Alemanha era a atitude dos trabalhadores locais perante o seu trabalho. Cumpriam rigorosamente os horários, bem como os seus tempos livres nas horas de trabalho - uma pausa de 10 minutos era uma pausa de 10 minutos, e nunca ia para além desse tempo. Os trabalhadores, tanto alemães como imigrantes, faziam o seu trabalho sempre como era pedido, e estavam também cientes dos seus direitos e deveres. Principalmente naquela época, o nível de vida na Alemanha era completamente diferente do nível português, em relação a tudo, principalmente a atitude de cada um e o respeito de cada um pela sua actividade. Em Portugal, ainda hoje, temos atitudes diferenciadas perante um licenciado ou um operário fabril.

No entanto, havia um aspecto que me deixava sempre um pouco desiludido: Sempre que conversava com os operários das fábricas alemãs, notava que, por um lado, sabiam perfeitamente como funcionavam as máquinas que utilizavam para fazer o seu trabalho, ou seja, "estudavam" cuidadosamente qualquer equipamento que iriam utilizar. Por outro lado, a maioria dos operários, bem como os quadros superiores das empresas que visitava, pouco sabiam sobre aquilo que se passava no mundo, ou sobre outros países. Aqui entra também aquela clássica "desilusão" do português, quando se apercebe que poucos sabem que Portugal não é uma região espanhola e que existe a língua portuguesa. Obviamente que os representantes das empresas, com os quais reunia, estavam informados, mas a grande maioria dos operários não tinha grandes conhecimentos sobre geografia, história e cultura. Muitas vezes perguntei-me, se tal falta de conhecimentos estava relacionada com falhas no sistema de educação na Alemanha. Porém, as estatísticas sempre diziam o oposto.

Outra constatação minha foi a falta de conhecimentos sobre outras línguas: percebi que a maioria das pessoas não falava outra língua, a não ser o alemão.

Naquela época em Portugal, apesar de haver outra atitude perante o trabalho, menos rigor no cumprimento de horários e um baixo nível de vida em geral das condições de vida precárias de uma grande parte da população, as pessoas geralmente sabiam mais sobre outros países, e tinham no mínimo algumas noções (mesmo que básicas) de alguma outra língua para além do português.

Mas obviamente, ficava sempre fascinado com as grandes diferenças ao nível das condições de vida dos trabalhadores alemães, bem como o know-how que tinham em relação à sua actividade profissional.

Apesar de estar reformado actualmente, sinto que em Portugal, apesar de o nível de vida ter aumentado significativamente, bem como as condições de vida das pessoas, sinto que há uma grande falta de cultura geral nas gerações mais novas. Aquilo em que fazíamos a diferença em relação a países maiores e mais desenvolvidos como a Alemanha, perdeu-se. 

March 19th, 2010 by Storyteller_PT, Tags: , ,

Posted in Portuguese | 1 Comment »


Kos story

May 1993

My first holiday abroad…..going to Greece…

 

I booked a package deal with my friend who lives next door, 1week to Kos a small island in the Dodekanissos…..blue see, waving palm trees and relaxing beaches… at least that is what the brouchures were telling us. Finally the airplane is taking off from the Airport in Amsterdam a few hours late but as we already were supposed to arrive at night we don’t care too much about it.

Curiously we look around when we enter the apartment that is supposed to be our house for the coming week. It looks white, crisp and most important clean.

We decide to stay in as we both are so tired and just relax a bit on the balcony.

  Read the rest of this entry »

February 1st, 2010 by Esaurito, Tags: ,

Posted in English | No Comments »


Around Hungary by bike

 

In the summer of 1986 I planned to go for a holiday to Budapest in Hungary. In my mind, Budapest was and exotic maybe even middle east like fairytale kind of city. I did not realize very well that it was in Eastern Europe. We planned to go by a special bus, in which you could also take your bicycles. Anyway, after a while of discussing we arrived at the suburbs of a city (it was early night) and it did not look very glamorous. There was a river there. And then he stopped and pointed out to get out, because we were in Budapest! Read the rest of this entry »

February 1st, 2010 by Esaurito, Tags: , ,

Posted in English | No Comments »


Miscalculation in Paris

In 1985 I was 17 years old and went abroad for the first time, with my boyfriend to Paris for a week. We had saved money for our trip, but the hotel we had appeared to be a typical hotel for Paris standards. The hotel had many floors and corridors and all kinds of different shapes and types of rooms, none of them very luxury. We did the typical thing tourists do. We visited sites, used the metro and had coffee and croissants at a local café at the corner of our street. It was really nice.

But after a few days we became a little fed up with the little amount of money we had daily in our pocket. We had calculated the first day how much 1 French franc was compared to one Dutch guilder, and our daily allowance so to say. But as it was just enough to get cheap sandwiches and pizza and not a real decent dinner we calculated again…. And what happened was that we had miscalculated and spend only 1 daily allowance per day, but of course we were 2 persons, so we had the double amount of money to spend…And as we were half way through the holiday, we were spending money like the rich in those last three days…having cruises on the Seine and dining with candle light and so on.

February 1st, 2010 by Esaurito,

Posted in English | No Comments »


Flucht 1958

Geboren in Danzig, Ende Januar 1945 Flucht aus Westpreußen zu Verwandten nach Leipzig. Dort der übliche Lebensweg. Besuch der Oberschule, Drogistenlehre. Im VEB Farbenfabrik Wolfen Tätigkeit als Laborant. Voraussetzung für diesen Arbeitsplatz war, dass ich gegen meine politische und ideologische Überzeugung in die FDJ (Freie Deutsche Jugend), die „Deutsch-Sowjetische Freundschaft“ und in die Gewerkschaft FDGB eintreten musste. Nach mehrjähriger Tätigkeit bewarb ich mich bei der Werkskaderleitung um eine Delegation zum Studium an der Ingenieurschule in Köthen. 1958 endete mein Studium mit dem Abschluß zum Ingenieur.

Read the rest of this entry »

January 20th, 2010 by StoryTeller, Tags: , , ,

Posted in German | No Comments »